Sprowokowana moimi wczorajszymi wycieczkami do miasta sąsiedniego K, piszę sobie. Ja wiem, że temat autobusów jest oklepany i przerabiany razy milion i pół, ale trudno. Jeden w tę czy w tę nie robi róznicy.
Generalnie to ja mam chorobę lokomocyjną, która spadła na mnie lat kilka wstecz i nadrabia kilkanaście lat dawania mi świętego spokoju, szczególnie ostatnio się rozbestwiła. Miło z jej strony. No i tak czy owak przypadłość moja lubi mnie odwiedzać najbardziej w autobusach wszelakich, szczególnie w jednym takim który trasę ma długą i żmudną, a celem jego jest miasto K. Oczywiście do K można się dostać dwoma autobusami jadącymi autrostradą i droga ta jest w cholerę prostsza i szybsza, ale owe autobusy jeżdżą dużo rzadziej niż ten jeden, że nie wspomnę, że w weekendy to mają w ogóle wolne. A co! Nie ważne. Sęk w tym, że jadąc owym autobusem(który posiada najnowsze wozy, a mimo to jazda z nim to kompletny koszmar) naszły mnie przemyślenia i oto własnie ich owoc.
Moje ulubione atrakcje dostępne podczas jazdy komunikacją miejską:
1. Tłok. To moje pierwsze i najulubieńsze zdarzenie pogodowe. Najlepiej żeby to była jeszcze zima, bo człowiek okutany w kilo szalików i kurtek i innych watolin wciśnięty pomiędzy ludzi tak, że ledwo może oddychać, poci się jak norka. Okna oczywiście nie mogą być otwarte, bo tym w pobliżu (szczególnie siedzącym gnojom) jest przecież zimno! Klimat po prostu niesamowity, fetorek uroczy oraz raj dla zboczeńców-ocieraczy oraz złodziei kieszonkowych. We wspominanym przeze mnie autobusie tłok jest ZAWSZE. Jeden jedyny wyjątek od tej reguły, jaki odnotowałam podczas mojej kariery jeżdżenia owym autobusem, przyprawił mnie o minizawał.
2. Panny opowiadające sobie historie swojego życia. Siedzą/stoją takie i się sobie zwierzają, oczywiście z zasiegiem na pół autobusu i kilka blisko jadących aut. No i oczywiście są to super-fascynujące historie, w kolejności o sobie, najbliższej rodzinie, znajomych, dalekich znajomych, znajomych- znajomych, krzakach oraz zwierzętach hodowlanych z pominięciem trzody chlewnej, oraz ewentualnie różnych ważnych sprawach, typu nowy cień Inglota lub spódnica widziana w Housie. Osobiście uważam, że wszelkie historie "z życia" w gazetach o dopowiednim ku temu poziomie zostały częściowo lub w dużej mierze zainspirowane podsłuchanymi autobusowymi zwierzeniami. Cóż. Często można być też mimowolnym świadkiem konkursu pt" kto opowie dramatyczniejszą historię". Polecane scenarzystom telenowel.
3. Panna rozmawiająca przez telefon. Działa na podobnej zasadzie co w/w, tyle że słyszymy tylko jednego rozmówcę, co dodaje uroku scenie. Oczywiście jest głośno w autobusie, pozatym z niewiadomych mi przyczyn, duża część społeczeństwa uważa najwyraźniej, że jak nie krzyknie do telefonu to nie zostanie usłyszana. Nie wiem. Jakieś pozostałości ery kamienia łupanego czy ki kij. W każdym razie, przypomniał mi się kawał:
"W autobusie. Jeden z pasażerek dzwoni telefon: -Słucham? A, cześć Kaśka! Jadę własnie do ginekologa, wiesz. Jakiegoś grzyba chyba złapałam, wiesz, boli mnie i w ogóle jakiś nalot biały, dziwny, jak ser. Pewnie od wibratora, bo ciągle zapominam go umyć po użyciu. No wibratora, a co? To nie wiesz? Zerwaliśmy z Maćkiem, ale to dość dyskretna i osobista sprawa, pogadamy na żywo, bo tu w autobusie pełno ludzi i wszyscy słyszą."
4. Pijaczki. To wyżyna szczęścia doczesnego- gdy pijany facet siada koło Ciebie. Najlepiej żeby to był taki porządny, śmierdzący pijaczek, z kilkudniowym zarostem na twarzy i ubraniu oraz aromatem przetrawionego alkoholu. I nie wiem co fajniejsze- jak siedząc koło Ciebie usypia na Twoim ramieniu a w powietrzu czuć tę romantyczną woń, a Ty drżysz przy każdym jego ruchu, czy właśnie nie zaczyna rzygać(Gdzie byłeś? Na czynie! Na jakim czynie?! Naczynie bo będę zwracał ;) ), czy też gdy w poczuciu bycia gentelmanem zabawia Cię rozmową, oczywiście na poziomie profesora uniwersytetu. Jest też opcja pijaczka w którym obudził się agresor i szuka zaczepki. Pełen wypas. Wypas po pachy.
5. Kłócąca się para. Najlepiej jeśli wyciągają najfajniejsze brudy małżeńskie, szczególnie sprawy łóżkowe.
6. Obce gaduły. Obu płci. Przysiada sie taka/staje obok i nawija do Ciebie, nie dając chwili spokoju. Oczywiście trudno takiego spławić, z resztą to sytuacja nie tylko autobusowa, ale w autobusie wyjątkowo irytująca.
7. Koleś który ma się za zajebistego przystojniaka i w ogóle. Lovelasa czy coś. Zagaduje Cię tak długo, aż dasz mu numer telefonu, z przekręconą cyfrą oczywiście. Często jesteś zmuszona by wysiąść na innym niż zwykle przystanku. Są plusy takich towarzyszy podróży. Musisz nieźle uruchomić wyobraźnię i pomysłowość by sprzedać mu logiczne wyjaśnienie czemu nie może Cię odprowadzić. W dodatku logiczne dla niego. Polecam bajkę o pośpiechu z powodu przymusu pilnego odbioru dziecka z przedszkola bo ma świnkę. Takim świnka w prostej drodze skojarzeń wiąże się z bezpłodnością. A co to za karabin z ślepakami?
8. Gderające starsze panie. Chyba nie wymaga komenatarza.
9. Mama z paroma sztukami dziecięcymi, które ciągle chcą siusiu, kaka, pić, biegać, marudzą, płaczą, oraz bez żadnych ogrodek wypowiadaja swoje poglady na wspolpasazerów. Nie sądzę, by kogoś wprawiło w euforię usłyszeć o sobie"Mama ale ta pani śmierdzi", albo "Mamo, mamo patrz, ale ta pani brzydka!". Przecież wiadomo, że dziecko prawdę Ci powie... Kiedyś byliśmy na wczasach i moja chyba 3-letnia wówczas siostra krzyknęła radośnie podczas śniadania na stołówce (gdzie panowała generalnie cisza, w około nas głównie starsze małżeństwa): "Mamo, ta pani wygląda jak małpa!". Wskazanej Pani chyba wcale nie ucieszył fakt, że stała się własnie odzwierciedleniem niższego ogniwa teorii Darwina.
10. Oburzone paniusie/ oburzeni panowie, którzy zachowują się jakby podróżowali conajmniej prywatną limuzyną prezydencką, a nie państwowym środkiem komunikacji miejskiej, i sądzą, że należą im się wszelkie przywileje. Raz stałam w autobusie, było dość ciasno, zarzuciło i poleciałam na jakąś kobietę, która oburzona zjebała mnie, żebym jej nie dotykała i że się ocieram całą drogę (ale ze mnie zboczuch-ocieracz). Jak jej zapytałam gdzie wg niej powinnam stanąć, by miała odpowiednią przestrzeń życiową, wskazała mi miejsce w autobusie, gdzie nie ma się czego chwycić by zachować równowagę. Popatrzyłam się tylko znacząco, po czym głośno i wyraźnie zrelacjonowałam stojącej obok mamie(oraz oczywiście najbliższym współpasażerom) co sądzę o takich ludziach. Wiem, zachowałam się jak panna głośnomówiąca, ale nie mogłam się powstrzymać ;>
11. Banda pryszczatej młodzieży, która zdecydowanie uważa się za elitę towarzystwa autobusowego, klnie idiotycznie na cały autobus, śmieje się w najgorszy sposób jaki znam (kolesie głosem mutacyjnym, panny piskliwym i popisowym, wszystko oczywiście donośnie, żeby każdy słyszał jakie z nich luzaki), zazwyczaj z ludzi, którzy stoją/ siedą obok. Często zaczepni, nie daj Boże spojrzeć na takiego z naganą, lub coś powiedzieć, jeśli nie masz obstawy w postaci kilku stałych bywalców siłowni- zostaniesz zwyzywany, wyśmiany, a w najgorszej opcji wysiądą wraz z Tobą na przystanku. Wiadomo w jakim celu.
To chyba najgorsze z możliwych spotkanych przeze mnie urozmaiczaczy jazdy. . Niestety często spotykane w połączeniach, kilka podpunktów podczas jednej trasy autobusu. Wtedy to jest już szałowo. Cóż, może być gorzej, słyszałam historie o ludziach przewożących kozy, ale na szczęście tylko SŁYSZAŁAM. Cieszę się, że w moim mieście nie ma tramwajów, podobno tam to już jest max ciekawie... No nic, najlepsza opcja to zawsze mieć przy sobie mptrójkę, aviomarin oraz odświeżacz powietrza. I ochroniarza.
A mnie pozostaje dalej marzyć, bym pracę- gdy ją w końcu dostanę, amen- miała blisko domu swego, always. Ewentualnie dużo pieniążków na szofera i samochód, podwójne amen.